Musica Universalis
W dziale tym umieściłem albumy, które w jakiś sposób na mnie wpłynęły, w których się odnajduję, które mają to coś magicznego w sobie, jakiś pierwiastek doskonałości i piękna. Lub są po prostu piekielnie dobre. Przy każdym albumie krótka charakterystyka.
“Demigod” to esencja death metalu. Wszystko tu jest doskonałe. Niesamowity wokal, świetna perkusja, chwytliwe riffy i ciekawe pomysły. Solówka z “Conquer All” jest najpiękniejszą, jaką dane mi było usłyszeć. Czysta perfekcja.
Album od którego zaczęła się moja fascynacja metalem. Kiedy słuchałem go po raz pierwszy… To była granica, moment historyczny, linia, po przekroczeniu której coś się skończyło, a coś zaczęło, dla mnie równie ważna jak narodziny Chrystusa dla chrześcijan. Wzbraniałem się długo przed przekroczeniem owej linii, nie chciałem mieć z tą muzyką nic wspólnego. Ale w końcu posłuchałem. I stało się. Pokochałem metal.
“Shift” Nasum to pierwszy przesłuchany przeze mnie album grindcore’owy, który z biegiem czasu zdążyłem pokochać. Utwory, jak to w grindzie bywa, są bardzo krótkie, bardzo szybkie i bardzo energetyczne. Jest to niestety ostatni album bogów grindu ze Szwecji – niedługo po jego wydaniu wokalista Mieszko Talarczyk zginął – ale m. in. dzięki temu wydawnictwu zespół stał się legendą.














