Chimaira - “Chimaira”
Siedzę sobie właśnie przy biurku, popijam kawkę (jakaś dziwna mi wyszła) i zastanawiam się, czy by czegoś na blog nie napisać. W tle leci akurat piosenka “Nothing Remains” Chimairy… Więc pod wpływem chwili postanowiłem zrecenzować album, z którego pochodzi.
Że Chimaira jest jednym z moich ulubionych zespołów, żadną tajemnicą nie jest. A poznałem ten zespół właśnie dzięki klipowi “Nothing Remains”, który leciał na jakimś muzycznym kanale w TV. Moją reakcją było krótkie “O kurwa”. No i się zaczęło…
Album rozpoczyna wcześniej wspomniane, pełne wściekłości i goryczy “Nothing Remains”. Utwór ten napisano dzień po tragicznej śmierci Dimebaga Darrella. Taki opener jest zwykle zwiastunem naprawdę dobrego albumu. I faktycznie, Chimaira nie daje wytchnienia - potężne gitary, świetna perkusja, opętańczy wokal Marka Huntera, wspomagany przez Chrisa Spicuzzę - taka mieszanka jest wprost miażdżąca… Kolejny na albumie jest “Save Ourselves”, rozpoczynający się naprawdę porywającym riffem. Z kolei utwór “Salvation” ma wolniejsze tempo, jest czymś w rodzaju metalowej ballady, ale wcale nie traci przez to na mocy. Jest to jeden z najciekawszych punktów albumu. Na uwagę zasługuje też “Pray For All”, który kończy się niemal “defiladową” partią gitary i perkusji (sic!). Album zamyka mój faworyt - “Lazarus”. W pierwszych sekundach słyszymy dziwne szepty i stłumione okrzyki, nagle wchodzi perkusja, później gitary… Jeszcze chwila i Mark Hunter szaleńczym okrzykiem rozpoczyna najposępniejszą i chyba najcięższą kompozycję na płycie. Nie da się tego opisać słowami, trzeba posłuchać…
Trzeci album w dorobku grupy Chimaira na pewno nie jest łatwo przyswajalny. Ale mimo tego, że jest to propozycja dość ciężkostrawna, nie nuży. Wręcz przeciwnie, krążek zyskuje z każdym przesłuchaniem. Polecam go każdemu wielbicielowi cięższych brzmień.
Ocena: 8+/10
Jako bonus, teledysk “Nothing Remains”.
