Chimaira “The Infection”

Opublikowane w Muzyka, Recenzje tagi , , , , , , , , , 18 kwiecień 2009 przez: Tomasz Antoni Lerka

cover

Promocja albumu “The Infection” grupy Chimaira trwała dobre kilka miesięcy i była zakrojona na bardzo szeroką skalę. W akcję wciągnięto fanów, powstała strona Spread The Infection, najbardziej zaangażowani dostawali od zespołu dostęp do różnych bonusów, między innymi fragmenty nowych utworów czy urywki z koncertów. Każdy taki smaczek zaostrzał apetyt, czyniąc z oczekiwania mordęgę. Jednak czy warto było czekać? Z całą odpowiedzialnością mogę napisać: tak. Nawet bardzo.

Co pierwsze rzuca się w uszy, to zmiana stylu w stosunku do poprzedniego wydawnictwa, “Resurrection”. Infekcja ma posępniejszy, cięższy klimat, mniej tu czystych wokali, a w części utworów występują wolniejsze, czasem wręcz przytłaczające tempa. Co najważniejsze, słychać duży postęp w technice grania – linie melodyczne są ciekawsze, mniej sztuczne niż na poprzednim albumie (na którym, niestety, dało się wyczuć pewną cukierkowość), doskonale pracuje perkusja, w utworach pojawiają się świetne gitarowe solówki (że wspomnę tylko o tej z “Coming Alive”). Bardzo wyraźne są naleciałości death i thrash metalu, zarówno w warstwie wokalnej, jak i instrumentalnej. Śmiem suponować, że “The Infection” to połączenie ciężaru i agresji z “Chimaira” oraz chwytliwości “Resurrection”.

Najlepszym punktem Infekcji, wzorem poprzednich dwóch albumów, jest opener. “The Venom Inside” to utwór ostry i techniczny, z bardzo chwytliwym refrenem, już po pierwszym przesłuchaniu zapadający w pamięć. Mówiąc o techniczności, nie sposób nie napomknąć o “Coming Alive”, w którym nasz słuch pieści wspomniana już wcześniej solówka. Na tle całego wydawnictwa wyróżnia się “Impending Doom”. Piosenka z początku spokojna i delikatna, melancholijna wręcz, ma doskonały klimat, który utrzymuje się również wtedy, gdy spokój i delikatność znikają. Bardzo przypadły mi do gustu także “On Broken Glass” i “Destroy And Dominate”, ostre i chwytliwe kawałki. Album zamyka blisko piętnastominutowy “The Heart Of It All”, będący utworem instrumentalnym. Kto zna twórczość Chimairy, wie, że “The Impossibility Of Reason” również było zakończone instrumentalem, trwającym trzynaście minut “Implements Of Destruction”. Różnica polega na tym, że “The Heart Of It All” przebija poprzednika, jest lepiej zagrany i ciekawszy, czuć wspominany postęp techniczny.

Podsumowując, Chimaira serwuje nam porządny kawał muzyki, która może nie jest specjalnie innowacyjna bądź eksperymentalna, ale z odgrzewanym kotletem również nie ma nic wspólnego. Szóstka chłopaków z Cleveland po raz kolejny udowodniła, że co jak co, ale grać to oni umieją. Oby tak dalej.

Ocena: +8/10

==========================

Ostatnimi czasy mało wpisów się pojawia, fakt to smutny i zgoła dołujący. Brak w tym niemniej mojej winy, jakby się wydawać mogło. Wszelkie skargi tudzież zażalenia proszę kierować do Sz. P. M. Atury, która to winę całą ponosi. Albowiem gdy się chęci, a czasem i wena, do pisania znajdą, pani M. Atura ową wolę twórczą z premedytacją gasi, przypominając o zbliżającym się spotkaniu naszym, które w świadomości jako wojna, podzielona na kilka mniejszych bitew, malować się może. Kto ową wojnę wygra, czas pokaże. A tymczasem…

Stay fucking metal! \m/

Aleja Miazgi Chrystusowej

Opublikowane w Proza, Religia tagi , , , , , , , , 8 luty 2009 przez: Tomasz Antoni Lerka

cross

Aleja Miazgi Chrystusowej…

Jest duszno, cholernie duszno. Idę w dół Alei, w dół Via Dolorosa. Spoglądam w niebo, zasnute szarymi bałwanami chmur. Idę. Jestem sam, Aleja jest pusta. Mijam pozbawione wyrazu budynki, takie same drzewa. Nie czuję żadnego katharsis, oczyszczenia. Jest tylko odór wylewanych na drogę fekaliów, niemytych ciał, nienawiści. Odór śmierci.

Aleja Miazgi Chrystusowej…

Kim On właściwie był? Synem Bożym? Człowieczym? Pół bogiem zrodzonym z kobiety, Maryi, będącej zawsze dziewicą? Potykam się o jakąś gałąź, upadam (pierwszy upadek pod krzyżem). Wstaję powoli, nikt nie pomaga mi dźwigać mojego brzemienia, nikt nie ociera mojej twarzy. Idę.

Aleja Miazgi Chrystusowej…

Golgota. Wznosi się przede mną potężne, majestatyczne wzgórze. Doszedłem aż tutaj? Wspinaczka po jego stromym zboczu przychodzi mi zaskakująco łatwo. Jestem na szczycie. On również jest tutaj, przybity do wysokiego krzyża, z głową opuszczoną na piersi. Jest okropnie pokiereszowany, wręcz nieludzko. Włosy sklejone sączącą się spod cierni (korony Króla) krwią, gwoździe potwornie wyzierające z dłoni i stóp, rana po pchnięciu włócznią… Jego ciało przypomina miazgę. Przez moment wydaje mi się, że słyszę chichot… Lecz po chwili to wrażenie znika. Wciąż przyglądam się Chrystusowi wiszącemu na krzyżu. Nie czuję żalu, nie jest mi przykro.

Nagle ukrzyżowany Isa unosi głowę i patrzy prosto na mnie. Jego oczy… są całkiem czarne. Wykrzywia kąciki ust w kpiącym, złym uśmiechu. Ogarnia mnie przerażenie, lecz wbrew wszystkim nakazom rozsądku nie uciekam (nie zdołam). Znowu słyszę chichot. Chrystus śmieje się tak, jakby w ogóle nie odczuwał cierpienia, jakby gwoździe, cierń były pieszczotami… Jego rechot brzmi dziko, demonicznie. Nieludzko.

W tym momencie moje ciało przeszywa błyskawica bólu, upadam na kolana (do modlitwy). Isa śmieje się coraz głośniej. Zaczyna kręcić mi się w głowie. Nagle coś mówi, lecz Jego głos dobiega z daleka. Kolejny spazm bólu. Ciemnieje mi w oczach… i wtedy nadchodzi zrozumienie. “Głupcy”, oto Słowo Boże.  Upadam, czuję piasek na twarzy, chłodny i przyjemny. Zachęcający. Powoli odpływam w pustkę. Po chwili nie ma już nic…

Aleja Miazgi Chrystusowej…

Muzyczne podsumowanie roku 2008

Opublikowane w Muzyka tagi , , , , , , 5 luty 2009 przez: Tomasz Antoni Lerka

podsumowanie2008

Troszkę spóźnione, ale lepiej później niż wcale. Prawda? :)

Najbardziej wyczekiwanym przeze mnie albumem tego roku był “All Hope Is Gone” Slipknot. Czekać było warto, lecz to, co otrzymałem, troszkę mnie zaskoczyło. Album brzmi świetnie, ale brakuje mu nieco szaleństwa i dzikości poprzednich wydawnictw. Slipknot jakby spuścił z tonu, na albumie jest dużo więcej melodii, a “Vendetta” jest wręcz wesołym utworem. Ale… Mnie to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – daleki jestem od ortodoksyjności i wymagania od zespołu nagrywania wciąż tego samego, tylko trochę inaczej. Poza tym, Corey wrócił do dawnej formy wokalnej, potrafi się zadrzeć jak na “Iowa” (lub lepiej) i to wykorzystuje. Moim faworytem z albumu jest klimatyczna “Gehenna”.

Nasi niedoceniani (w kraju) rodacy z Behemoth wypuścili w tym roku dwa wydawnictwa: doskonałą EPkę “Ezkaton” z nową wersją utworu “Chant For Ezkaton 2000 e.v.”, nowym utworem “Qadosh”, coverami Master’s Hammer “Jama Pekel” i Ramones “I’m Not Jesus” oraz trzema utworami live. Słucha się tego doskonale. A co do drugiego wydawnictwa, jest nim album live “At The Arena Ov Aion – Live Apostasy”… i jest to zdecydowanie najlepszy album live, jaki miałem przyjemność słuchać. Gorąco polecam!

Doskonały album wydali belgijczycy z Aborted. “Strychnine.213″ brzmi doskonale, jest pełen mocy i furii, ale także świetnych solówek, melodii, momentów jakby refleksyjnych. Album ten potwierdza klasę zespołu, który nie ma swoim koncie słabego wydawnictwa.

Death metalowa grupa Grave, od której zaczęła się moja fascynacja szwedzkim old schoolem, po raz kolejny pokazała, że co jak co, ale grać to oni umieją. Album “Dominion VIII” jest niesamowicie brutalny, diabelsko szybki, a w wolniejszych momentach miażdżący jak młot Thora. Szwedzi są w równie dobrej kondycji, jak przy premierze swojego debiutu w 1991 roku.

Brytyjczycy z Gorerotted, po przepoczwarzeniu się w The Rotted, wydali album “Get Die Or Die Trying”. Zmiana nazwy nie wpłynęła jednak na samą muzykę, album brzmi świetnie, podobnie jak wydawnictwa spod uprzedniego szyldu.

Do udanych należy również zaliczyć “Iconoclast” niemców z Heaven Shall Burn. Rzecz jak zwykle ciężka, jak zwykle refleksyjna. Jak zwykle cholernie dobra.

Teraz trochę o grindzie. Szwedzi z Nasum (dla mnie bogowie grindcore’u) po rozpadzie, spowodowanym tragiczną śmiercią Mieszka Talarczyka w 2004 roku, postanowili wydać dla fanów album live “Doombringer”. Słucha się tego świetnie… i zostaje żal, że zespół już nic nie nagra.

Poszalało również fińskie Rotten Sound ze swoim “Cycles”. Album jest pełen niesamowitej, grindcore’owej energii, lecz, moim zdaniem, nieco brakuje mu do poprzednich wydawnictw.

Z teledysków warto wspomieć o “At The Left Hand Ov God” Behemoth. Po aferze związanej z potarganiem Biblii na koncercie (o czym już kiedyś pisałem), zespół postanowił pokazać, gdzie ma zarzuty bandy Ryszarda Nowaka i umieścił w klipie długi fragment, w którym Nergal w skupieniu wyrywa kolejne stronice świętej księgi katolików. Abstrahując od tego, piosenka, jak i sam teledysk są bardzo dobre.

Rozczarowaniem roku jest dla mnie “Death Magnetic” Metalliki. Miał być powrót do korzeni… ale wyszedł odgrzewany kotlet z kolejną wersją “The Unforgiven”.

Złe wieści również z obozu Vader: grupę opuścili Novy, Mauser i Daray. Z oryginalnego składu został tylko Peter. Zespół ma już nowych muzyków w zastępstwie, na stronie głównej Vader zapowiadany jest album “Necropolis”. Co z tego wyjdzie? Pożyjemy, zobaczymy.

Ogólnie rzecz biorąc, był to dobry rok dla muzyki i życzyłbym sobie, żeby ten był równie dobry. A czego już możemy się po nim spodziewać?

- Cannibal Corpse 2 lutego wydało album “Evisceration Plague”.

- Premiera albumu “The Infection” Chimairy ma nastąpić w kwietniu.

- Behemoth zapowiedział nowy album na jesień.

- Wspomniane wyżej “Necropolis” Vader również jest zapowiadane na jesień.

To by było na tyle. Dzięki za uwagę i…

Stay fucking metal! \m/